Niezliczona liczba drobnych gestów towarzyszyła mi w podróżach: ktoś podał mi rękę na śliskim szlaku, inna osoba bez wahania pomogła znaleźć drogę w obcym mieście, a jeszcze ktoś uśmiechnął się do mnie zupełnie bez powodu. Te małe momenty, często niewidoczne na zdjęciach, miały ogromną moc. Dzięki nim zaczęłam patrzeć na świat łagodniej, z większym zaufaniem. Właśnie z takich doświadczeń zbudowałam w sobie przekonanie, że dobro nie ma granic geograficznych — pojawia się wszędzie tam, gdzie ludzie mają otwarte serca i chęć, by podać pomocną dłoń.
1. Poranek w Londynie, kiedy wszystko nagle zwolniło
W środku wielkiego miasta, które żyje w biegu, trafił mi się dzień pełen spokoju. Siedziałam z kawą na brzegu Tamizy, obserwując budzący się Londyn — mgłę, pojedynczych biegaczy i pierwsze autobusy. Po raz pierwszy poczułam, że w zgiełku też można znaleźć przestrzeń dla siebie. To wspomnienie wraca do mnie zawsze wtedy, gdy potrzebuję przypomnienia: spokój nie zależy od miejsca, tylko od naszego nastawienia.
2. Spotkanie z nepalską serdecznością
W Nepalu zachwyciły mnie Himalaje, ale jeszcze bardziej — ludzie. Podczas jednego z trekkingów starsza kobieta zaprosiła mnie na herbatę. Nie mówiłyśmy wspólnym językiem, a mimo to doskonale się rozumiałyśmy. Jej ciepły uśmiech i to proste, pełne gościnności spotkanie przypomniało mi, że w podróży to kontakt z drugim człowiekiem jest najcenniejszy.
3. Stanąć „nad chmurami” na Maderze
Pico do Arieiro dał mi jedno z najbardziej symbolicznych doświadczeń. Stałam wtedy ponad warstwą chmur, a słońce powoli wlewało się między szczyty. Czułam jednocześnie wolność i pokorę wobec natury. Tego dnia zrozumiałam, że niektóre widoki nie tylko zachwycają — potrafią zmieniać perspektywę na wszystko, co zostawiliśmy na dole.
4. Bornholmska lekcja minimalizmu
Bornholm to miejsce, które nauczyło mnie, jak piękny może być świat, kiedy nic go nie zakłóca. Prosta architektura, czyste linie, surowe światło północy. Spacerując po klifach Hammershus, poczułam, że nie trzeba wiele, aby być szczęśliwym — tylko przestrzeń i obecność tu i teraz. Od tamtej pory częściej wybieram prostotę, zarówno w podróży, jak i w codzienności.
5. Cypryjskie zachody słońca, których nie da się opisać
Cypr nauczył mnie celebrować zwykłe momenty. Siedząc na klifie Cape Greco, patrzyłam, jak słońce zanurza się w morzu, a niebo zmienia kolor z minuty na minutę. Nic specjalnego — a jednak coś, co zapada w pamięć bardziej niż niejedna spektakularna atrakcja. Czasem to, co zwykłe, jest właśnie najcenniejsze.
6. Zgubienie się, które okazało się błogosławieństwem
Były takie podróże, podczas których mapa przestawała działać, a GPS prowadził „donikąd”. Pamiętam jeden taki dzień — zamiast stresu poczułam dziwną lekkość. Trafiłam wtedy na małą, lokalną knajpkę, której nie było w żadnym przewodniku. Od tamtego czasu wiem, że zgubienie się bywa najlepszą drogą do odkrycia.
7. Chwila kompletnej ciszy w górach
Czasem podróż daje coś, czego nie można znaleźć nigdzie indziej — absolutną ciszę. Doświadczyłam jej podczas jednego z górskich trekkingów. Bez ludzi, bez zasięgu, bez bodźców. Tylko ja i echo własnych myśli. Zrozumiałam wtedy, jak bardzo potrzebuję takich resetów, by wrócić do siebie.
Bardzo fajnie piszesz, te podróże i otulone pięknymi słowami wspomnienia. Pięknie... pozdrawiam.